Zaszczytu zostania pierwszą "ofiarą" niespodziewanych niespodzianek dostąpi pewien kataloński amator polskich pasztetów (szczególnie tych z pomidorami). Poznałam go w czasie mojego Erasmusa w Tarragonie i od razu bardzo polubiłam. Z pewnością był jedną z pierwszych osób do, których nie wstydziłam odezwać się moim kalekim hiszpańskim, może dlatego, że on z kolei nie wstydził się od czasu do czasu wtrącić kilku z trudem nauczonych w czasie zagranicznych wojaży słów po polsku ("Mash fajnom dupem" itp.). No, ale nie darzę go sympatią tylko z powodu katalońskiego akcentu przy próbach oswojenia naszej mowy ojczystej. Przede wszystkim to chłopak o wielkim poczuciu humoru i wielkim sercu (zakochuje się tak średnio 3 razy na każdy nowy semestr Erasmusów), z którym w przeciwieństwie do wielu Hiszpanów można pozwolić sobie na żarty z lekkim podtekstem nie obawiając się, że za chwilę będzie chciał wszczynać jakiś romans.
Ponieważ w czasie tegorocznych wakacji biedak wykorzystał już niemal cały należny mu urlop, to uznałam, że przyda mu się nieco przyjemności w życiu chociażby w postaci polskiego pasztetu. Ponieważ produkt ten uważany jest przez mojego katalońskiego kolegę za wyjątkowy specjał to uznałam, iż zasługuje on na równie wyjątkową oprawę. Zasiadłam zatem do tzw. prac plastycznych i tak oto powstało opakowanie godne (mam nadzieję) tego niezwykłego smakołyku. Oto efekty mojej twórczości:
Ekskluzywne opakowanie już obłożone w papier, zaadresowane i jutro z rana na pocztę. A w oczekiwaniu na reakcję obmyślanie następnej niespodzianki dla kolejnej, niczego nieświadomej "ofiary"... ;)